Magnolia

Ta historia wydarzyła się naprawdę i choć minęło, od tego czasu już prawie tysiąc lat, ona nie pozostaje nikomu obojętna. Jest to opowieść o kobiecie imieniem Magnolia.

Z początku wszyscy się Jej bali, pewnie, dlatego, że Jej nie znali. Mówili wiedźma, zła czarownica a nawet zwali Ją ladacznica.
Z trudem przyzwyczajali się do Jej obecności i po cichu obserwowali, co robi w samotności.

Ona ubrana w fioletową sukienkę, codziennie brała do ręki pędzel i wychodziła na zieloną polanę, by uchwycić chwile zabiegane. Patrzyła jak przenikają się kolory tęczy, uczucia radości i udręki. Z ciekawością odkrywała tajemnice, krocząc boso po ludzkiej psychice. Rozwiązywała supełki i wciąż nienasycona szła przez życie. Los postanowił spełnić Jej marzenie.

I któregoś dnia, kiedy nie spodziewała się tego zupełnie, spotkała mężczyznę, który chciał Ją kochać. Gdy, Go zobaczyła, przestraszyła się, bo przejrzała się w nim jak w lustrze. Był taki podobny, że nie mogła powstrzymać uczu
. Zaczęła natychmiast szukać ucieczki, ukojenia dla lęku, który Ją ogarnął. Rozglądała się w panice, gdzie będzie bezpieczna i gdzie Jego już nie będzie.

Cierpiała, ale nie była w stanie przyznać się przed sobą, że ten, od którego uciekła, był tym, na którego czekała. Los jednak postanowił im pomóc i sprawił, że byli razem.

I wtedy dwie dusze stapiały się w jedną, gdy nocami odsłaniała przed Nim skrywane wcześniej sfery kobiecości. Poznawał to, co było zakazane i to, o czym zawsze pragnął wiedzieć, a Ona nie miała już przed Nim żadnych tajemnic. Przy Jego boku stawała się boginią i małą kobietką zarazem, a Jej wszystkie zmysły tańczyły w rytm miłosnych rozkoszy. W uniesieniu wzdychała łagodnie, jakby chciała otulić go ciepłem swojego oddechu i prosiła, tylko o jedno, aby zatrzymał czas, by te chwile trwały wiecznie.

Czuła się szczęśliwa, tak po prostu, bez zbędnych słów czy gestów, nic Jej nie brakowało, miała przecież miłość, która wypełniała Ją po brzegi i w której rozkwitała, kochając Go coraz bardziej. Tak bardzo, że dziwiła się, że potrafi tak kochać. W Jego ramionach poznawała smak raju i jak pierwsza Ewa mogłaby dla Niego zbłądzić, gdyby tylko tego zapragnął. Wiedziała już, że był tym, którego kochała i bez którego życie nie ma blasku.

Lecz zanim zdążyła mu to powiedzieć On, nie wiedząc, czemu, odszedł, nie mówiąc, dokąd, ani dlaczego? Zabrał ze sobą błyszczące oczy, które mówiły kiedyś kocham, usta o ciepłym uśmiechu i nadzieję, na lepsze jutro. I właśnie tego dnia, świat się skończył, nie było już słońca rozświetlającego życie, nie było niczego, jedynie pustka i złamane serce.

Zaczęła go szukać, biegła, co sił przed siebie w szalonym obłędzie, pytając każdego, kto mógł Go spotkać, ale nikt nie wiedział jak Jej pomóc. Gubiła się w ślepych uliczkach labiryntu nieznanych uczuć, bólu nie do zniesienia i żalu wypełniającego Jej kochające serce. Z oczami pełnymi łez, zrywała się w nocy i sprawdzała, czy On nie nadchodzi. Wypatrywała go w twarzach innych osób, czekając na znak od losu. A dni były coraz dłuższe i powoli czuła, że umiera.

Kiedy zbliżała się do brzegu swojej rozpaczy, poślizgnęła się o skrawek skulonych wspomnień i powoli zaczęła spadać, prosto w otchłań samotności. Lecąc poczuła uścisk lęku, tak bolesny, że zadrżało Jej całe ciało i marzyła, tylko o końcu tej udręki. Bezradna opadła wreszcie z sił, dotykając dna swojego smutku i zmęczona tułaczką, chciała zasnąć, tym razem już na wieki.

Zanim jednak zamknęła oczy, spojrzała w pożegnalnym geście na Świat i w oddali zobaczyła Jego. Biegł w Jej kierunku jak światło, które rozświetla tunel ciemności. I choć nic, nie mogła zrobić, nic powiedzieć, Jej serce zaczynało mocniej bić. Patrzyła mu w oczu i zapragnęła znowu żyć, być blisko Niego.

On przybiegł do Niej i wyciągnął swoją dłoń, tak samo ciepłą, jak Jej całe ciało i przytulił do swojego serca, szepcząc do ucha: zawsze byłaś moją ukochaną. I tak wtuleni w miłosnym uścisku, odnaleźli siebie i na zawsze byli już razem a lęk przed miłością odszedł w nieznane.